poniedziałek, 1 kwietnia 2013

ROZDZIAŁ VI - Drosera rotundifolia

Niestety. Niby mam pomysł, ale weny ni widu ni słychu. Mogę gadać, że matura, że to, że tamto - BZDETY! jestem nieszczęśliwą wyznawczynią przysłowia "miej wyjebane a będzie ci dane". Z tym, że to się na mnie niebawem boleśnie odbije.
Tytuł rozdziału to łacińska nazwa rośliny należącej do rodziny rosiczkowatych. Przypomina mi kogoś...
Że nie mam zbyt wiele do powiedzenia, idziemy! =3

アディオスエデン!
adios eden!

========

Kiedy nad ranem Elda zdecydowała się jednak przespać, rzeczywistość nie chciała dać za wygraną. Gdy elektroniczny zegarek wskazywał godzinę siódmą rano, do drzwi jej mieszkanka rozległo się pukanie, nerwowe i gwałtowne. Anielica jęknęła z niewyspania, zsunęła się z łóżka, poprawiając rozczochrane włosy. Niechętnie otwarła drzwi.
- Czego? - mruknęła sennie. Przyjrzała się niespodziewanemu gościowi, zamrugała oczyma, otwarła je szeroko, po czym...
Zatrzasnęła drzwi.
Zdyszana z przerażenia usiłowała zamknąć zamek, ale uderzenie od zewnątrz nie tylko rzuciło nią o ścianę, ale i też wyrwało drzwi z framugi. Dziewczyna, rozbudzona przez adrenalinę, zmaterializowała muszkiet i już miała strzelić w majaczącą pośród pyłu i gruzu sylwetkę. Jednakże przeciwnik był szybszy od niej. Ku niej, jakby znikąd wystrzelił tuzin łańcuchów, szczelnie oplatając jej ciało i miażdżąc broń w jej ręku. Krzyknęła z bólu, ale metal odciskający się na jej ciele nie zwolnił uścicku. Łańcuchy żyły własnym życiem, podobne do węży. Utrzymywały ją w umownym pionie metr nad podłogą, jednak jakby do żartu: do góry nogami.
- Czyli to jednak ty. Wiedziałem. – usłyszała znajomy, szyderczy głos. Zmarszczyła brwi.
- Przyszedłeś mnie dzisiaj dobić? - warknęła. Nie pozostawało jej nic innego niż zgrywać odważną. Napastnik wszedł leniwie do środka, rozglądając się z pogardą. Nieco poznała się już na tym facecie: jeśli raz się mu podpadnie, będzie cię traktował jak śmiecia już zawsze.
- Wiesz, początkowo miałem taki zamiar. Jeszcze się zastanawiam. – łańcuchy podniosły ciało anielicy wyżej, tak by mógł spojrzeć jej prosto w oczy. – W końcu cię złapałem, Eldo.
- Najwyraźniej, Kuuhaku. Raz miałam pecha.
Diabeł wyszczerzył kły. Więzy zacisnęły się jeszcze bardziej i z impetem uderzyły dziewczyną o ścianę.
- Ciągle zmieniasz mieszkania, podpinasz się pod nasze kable i kradniesz to, co ci się nawet nie należy. O płaceniu nie wspominam. – chłopak kopnął w stary telewizor. Ten wywrócił się, a szkło kineskopu rozsypało się po podłodze. – I wszystko po to, by zasilać ten szmelc? Jesteś skończoną kretynką.
- Nie obwijaj w bawełnę, gadaj czego chcesz. – odezwała się Elda. Jej głos był słaby i drżący ze strachu.
- Wypuszczę cię wolno aniołeczku. – teraz Kuu rozsiadł się na jej jeszcze ciepłym łóżku. – Masz trzy dni. Jak do ciebie przyjdę, masz oddać całą należność za elektryczność którą ukradłaś. A że jestem dzisiaj w nastroju, to będzie tylko tysiąc złotych monet.
- Tysiąc?! - wykrzyknęła. – Nie mam ani dziesięciu!
- Twój problem. – rozłożył ramiona w geście teatralnej bezradności. – Za te trzy doby masz mieć hajs, albo pogadamy inaczej. – metaliczny brzęk łańcuchów przypomniał o sobie. -  Ale bez sztuczek, nawet jeśli uciekniesz – diabeł wstał, wolnym krokiem zbliżył się do dziewczyny. Z udawaną delikatnością pogładził jej policzek. – znajdę cię wszędzie, suko.


Pani domu skrupulatnie przeglądała pocztę. Nie mogła liczyć na męża, który wręcz brzydził się czytaniem. Cóż, mimo bogactwa i szlacheckiego tytułu, Mangetsu był całkiem prostym mężczyzną i zrzucenie niektórych obowiązków na Mikatsuki było wskazane.
Głównie faktury, informacje dotyczące rynku i inne handlowe bełkoty. Ale ta kobieta cechowała się, w przeciwieństwie do małżonka, nienaganną cierpliwością, więc z uśmiechem trawiła tę piekielnie nudną lekturę, podśpiewując pod nosem. Siedziała wygodnie na karminowej kanapie, w kominku trzaskał ogień. Salonik był wypełniony gustownymi mebelkami i bibelotami, które czyniły go nader przytulnym. Pełnią rozkoszy była porcelanowa filiżanka kawy na stoliczku, z której kobieta raz po raz popijała.
- Ah, tutaj jesteś.
Mangetsu z trudem zmieścił się w skromnych drzwiach i wszedł do salonu. Zasiadł obok Miki i ogarnął żonę ramieniem. Ta, nie odrywając wzroku od listów, nadstawiła policzek w oczekiwaniu na buziaka. Ale jej mąż zdecydował nie poprzestawać na czymś tak prozaicznym, łagodnie podniósł jej podbródek i ucałował soczyste usta swojej ukochanej kobiety.
- Co nowego piszą? - starał się być chociaż trochę zainteresowanym korespondencją.
- Nic, co by cię zaciekawiło, czekoladko. – przerzuciła kilka kopert. Zwykłe, formalne, granatowo-białe. – Coś chciałeś?
- W sumie, to ty dzisiaj szybko zwinęłaś się z łóżka. – uśmiechnął się. – A wczoraj marudziłaś, że nie masz się do kogo przytulić jak wstaniesz, czyż nie?
- Widzisz, jak to jest? - wtuliła się w tors męża. Listy nagle przestały ją interesować. – Lepiej jest, jak się budzi obok ukochanej osoby.
- Urocze, że jesteś taka romantyczna nawet po tych kilku mileniach, i to spędzonych ze mną. – czarnoskóry diabeł ze śmiechem przytulił mocniej Mikę, całując ją jak najlepiej tylko potrafił. Ta bez oporu poddawała się każdemu dotykowi. Chwilę uniesienia przerwał lokajczyk pukający nieśmiało do drzwi.
- Przepraszam, Pani.. Panie...? - wsunął się do pokoju. Mordercze spojrzenie Mangetsu przeszyło go od stóp do do głów. Jeśli chciał wyjść stąd żywy, musiał się spieszyć.
- Czego chcesz?! - warknął czart, odrywając się od warg żony.
- Przyszedł list.. a pani Mikatsuki właśnie czytała.. więc.. ale nie wiedziałem.. że państwo..
- Dawaj go tutaj i wynoś się, pókim dobry.
Służący pospiesznie wykonał polecenie i ulotnił się w mgnieniu oka. Mika, jakby nigdy nic, poprawiła włosy i usiadła, biorąc list do ręki.
- Nie dokończymy? - Mangetsu załamał ręce. – Miałem nadzieję na coś więcej...
- Szybki numerek? Może raczej w mniej publicznym miejscu, dobrze? - sprawnym ruchem długiego paznokcia otwarła przesyłkę. Już sama koperta była fascynująca: wykonana z papieru czerpanego, dość finezyjnie ozdobiona maleńkimi ornamentami. Rozłożyła kartkę, z tego samego papieru, którą znalazła w środku. Wczytała się w pięknie postawione litery, co chwilkę odpychając zerkającego jej przez ramię męża. Nie lubiła takiego podglądania.
- I co to jest takiego?
- Zaproszenie. – podsumowała, gdy przeczytała już całą zawartość. – Don Silencio zaprasza nas na jutrzejszy bankiet, w ramach przeprosin za te ostatnie awarie. Ma jednak gest.
- Nie ma mowy, moja stopa nie stanie w domu tego... - korcące spojrzenie Miki zamknęło mu usta, chociaż pewnie mniej lub bardziej obraźliwe słowo miał już na końcu języka. – Jak ci zależy, to idziemy. Ale bez dzieci.
- Z dziećmi, kochanie, z dziećmi. – uśmiechnęła się przesłodko. Jej mąż tylko westchnął.
- Oczywiście. Z dziećmi.


Bankiet? Jutro? Nie widział w tym większego problemu. Jednak w głowie Shiro zalśniła taka myśl, która odbierała mu oddech w jego diabelskich płucach. Samo wykonanie tego pomysłu przekraczało jego możliwości. Czy da radę? Nie wiedział.
Niech dla matki i ojca to będzie niespodzianka. Może i potrafił pokonać dowolnego wroga bez wysiłku, ale zaproszenie dziewczyny, a tym bardziej anielicy, mogło sprawić, że zamiast stonowanego głosu z ust blondyna popłynie jękliwy bełkot. Rodzice o tym wiedzieli, więc wolał nie zakładać z góry, że mu się uda. Jeszcze tego brakowało, by ojciec dołączył do Kiniro w uszczypliwych uwagach.
Otwarcie odpowiedniego portalu nie było trudne, wystarczyło, że dostatecznie skupił się na Eldzie samej w sobie, a przejście powinno otworzyć się tuż obok jej domu. Myślenie o tej dziewczynie od kilku dni nie było dla niego wyzwaniem. Twarz, uśmiech i chcąc nie chcąc obraz jej ciała. Z trudem powstrzymywał nieczyste myśli.
Portal otworzył się pośrodku uliczki. Chłodne, podobne do tego w Niebie powietrze uderzyło w nozdrza młodego diabła i wywołało dreszcz. Był przyzwyczajony do wysokich temperatur w Piekle, a Helliada wydała mu się „tropikalna” niczym Syberia. Kuląc się z zimna, spojrzał przed siebie, za siebie, na boki. Otaczały go identyczne, monochromatyczne bloki, poza tym ani żywej duszy. Czyżby portal wywiódł go w pole?
Jego wzrok przykuły kłęby pyłu na końcu uliczki. Wpierw ciekawie, ale powoli ruszył w tamtą stronę. Z każdym krokiem był coraz bardziej pewien, że słyszy czyiś szloch. Szary pył powoli opadał, a zza brudu wyraźnie było widać gruz. Ściana wejściowa jednego mieszkania była w całkowitej rozsypce. Pośród tego, co kiedyś było pokojem, kulił się białowłosy aniołek.
- Elda, to ty?
Przeskoczył  kilka zagradzających mu drogę kamieni i ukląkł obok dziewczyny. Ta nieśmiało podniosła głowę. Była całkowicie brudna, a jej twarz czerwona i spuchnięta od płaczu. Blondyn czuł jak jego serce jednocześnie bije z radości i strachu. Znalazł tę dziewczynę, ale za to w jakim stanie. 
- Cześć, Shiro. – Elda uśmiechnęła się słabo. – Widzę, że naprawdę nietrudno mnie znaleźć...
- Co się tutaj stało? - odgarnął włosy z jej poczerniałej twarzy. Ślady przepływających łez utworzyły jasne linie na policzkach.
- Nie ma co gadać. – chlipnęła raz jeszcze i wtuliła się w jego ramię. Shiro mimowolnie zaczerwienił się aż po uszy. – Nie mam już dachu nad głową, to tyle. – jej głos nadal drżał, chociaż starała się powstrzymać dalszy płacz. – A ty, co tutaj robisz?
- Zabieram cię stąd, natychmiast. – przycisnął zapłakaną Eldę do siebie. Nie miał pojęcia o pocieszaniu, ale solidne przytulenie wydało mu się odpowiednie. – Miałem zamiar cię zaprosić... Na coś... Ale w zaistniałej sytuacji, zamieszkasz u mnie.
Nie czekał na odpowiedź, pozytywną czy odmowę. Podniósł się, pewnie ściskając ciało anielicy w ramionach. Ta, zaskoczona, oblała się rumieńcem, zamrugała oczyma, zawstydzona, ale nie rzekła ani słowa. Wprawdzie była zbyt poturbowana żeby być księżniczką, jej książę przyszedł pieszo, a zamiast drogiej komnaty były tylko resztki ścian.
Mimo to czuła się, jakby przyjechał po nią królewicz na białym koniu.


Służba domu Silencio na kilka godzin odetchnęła z ulgą. Nareszcie nikt nie krzyczał, więc zaczęto pracować w naturalnym tempie, lecz znaczna większość postanowiła zorganizować sobie grupową przerwę. Ot, szef nawet nie zauważy. Polało się kilka kaw, a nawet mocniejszych trunków. Rzadko zdarzało się, żeby Kuuhaku spuszczał z oczu obsługę tego pałacyku. Nie ulegało wątpliwości, że w domu bogatego diabła nikt nie przepadał za tym chłopakiem. Szczerze mówiąc, był dozgonnie znienawidzonym kamerdynerem.
Sielanka nie trwała jednak zbyt długo. Gdy Kuu ledwie przekroczył bramę posiadłości późnym popołudniem, pierwszą rzeczą za którą się zabrał było uczynienie niezbyt przyjemnego wykładu ogrodnikowi na temat obcinania i nadawania kształtu krzakom, a w końcu odepchnął zdezorientowanego faceta z nożycami i na własną rękę zajął się pielęgnacją ogrodu. Szło mu to zdecydowanie lepiej i szybciej.
Gdy wreszcie udało mu się dotrzeć do budynku, zwyzywał nieudolną pokojówkę, niedokładne sprzątaczki i kucharza, który, zdaniem chłopaka, nie potrafił gotować. Przygotowywaniem obiadu i ciasta zajął się sam, pod nosem klnąc na cały personel, który najchętniej by zwolnił i zamienił na samego siebie. W pośpiechu zabrał się za zmywanie naczyń, kiedy mały, krępy pomywacz zbił kolejny talerz.
Kątem oka zauważył, jak Silencio zakrada się do lodówki i ciekawie zagląda do środka.
- Obiad będzie. Nie podjadaj pan. – Kuuhaku burknął bezceremonialnie. Wielki diabeł westchnął i zatrzasnął drzwiczki.
- A przywitać się to nie ma komu? - rozejrzał się po kuchni. Garnki i patelnie porozkładane na spokojnie płonących palnikach, w piecu powoli piekło się ciasto. Jak na taką ilość gotowania mogłoby się wydawać, że syfu będzie co niemiara. Błąd, pomieszczenie lśniło czystością.
- Dzień dobry, szefie – mruknął Kuu. – Po prostu jestem zajęty, przepraszam.
- Wiesz, wystarczy, że wrócisz, a cały dom funkcjonuje inaczej. Ja wiem, że się starasz – Silencio zajrzał pod losową pokrywkę – ale nie przesadzaj. Magdalenka, wiesz, ta blondynka od pościeli, siedzi w kącie i płacze.
- Nie wykonuje swoich zadań jak należy. Trzeba było ją ustawić do pionu. – odłożył ostatni umyty talerz. – Ogólnie, gdyby nie ja, ten dom byłby jednym wielkim burdelem. – skrzywił się. – Nie, to JUZ JEST jeden wielki burdel.
- Nie pozwalaj sobie, młodzieńcze! – Silencio starał się być stanowczym. – Przerabialiśmy to już kilka razy: nie możesz wszystkich terroryzować. Nawet zauważyłem że kelnerzy stoją równo od linijki przy posiłkach!
- Chcę tylko, żeby było idealnie. – białowłosy odsunął swojego szefa od pieca, sprawdził coś w jednym, drugim garnku, doprawił.
- Ideały nie istnieją.
- Ale należy do nich dążyć. – zamieszał tylko jeszcze sos i oparł się o blat stołu. – To wszystko, szefie?
- No, nie wszystko. – Silencio poprawił włosy. I tak były już uraczone ogromną ilością żelu, ale nie daj Szatanie jakiś włosek wymsknął się z ugładzonej fryzury. – Podobno wróciłeś cały ubabrany. Pytanie brzmi: gdzie byłeś, co robiłeś i kiedy tyś się umył, chłopie?
- Wystarczą trzy minuty w łazience i jestem gotowy, nie to co niektóre tutejsze pokojówki. – wzruszył ramionami. - Pamiętasz, szefie, że ktoś się nielegalnie podpiął pod nasze kable i nas okradał? Teraz już nie będzie. – Kuuhaku wyszczerzył kły. – Zdarzało się to już nie raz i to zawsze była ta sama osoba, ale teraz udało mi się ją dopaść.
Silencio niepewnie spojrzał na podopiecznego.
- Coś ty narobił, Kuu?
- Nikogo nie sprzątnąłem, spokojna głowa. A, proszę zmniejszyć ogień pod tamtym garnkiem.. dziękuję. „Pobawiliśmy” się trochę, ale trupów nie ma.
- Mam nadzieję. Ile razy ci mam mówić, że te kilka drobniaków nie jest warte tego całego zachodu?
- Wiem swoje, szefie. Wiem swoje. – chłopak wyciągnął z pieca gotowe już ciasto. Przez różnorodne zapachy kuchni przedarła się słodka, rozkoszna woń.
- Mądrala, jak zwykle. To ja czekam na ten obiad na górze. – Silencio obrócił się na pięcie i skierował się do drzwi. – A, jeszcze jedno. Zaprosiłem tego całego Mangetsu na jutro, na taką małą imprezkę. Razem z jego rodziną. I kilka innych osób. Kilkanaście... dziesiąt.
Za jego plecami rozległ się brzdęk upuszczanej kielni.
- Tak z dnia na dzień?! I teraz mi to mówisz, szefie?! - chłopak załamał ramiona. – Zdajesz sobie sprawę, ile z tym jest roboty?
- Wymyśliłem to tak na spontan. – rzucił. – Wierzę, że sobie poradzisz.


Elda dostała własny pokój. Co ja mówię, własną komnatę, dostojną i ozdobną, będącą częścią apartamentów Shiro. Zaraz gdy przeszło się przez pomieszczenie, mijając piękną komodę, toaletkę, stoliczek do kawy i łoże z baldachimem, przez wysokie, uraczone płaskorzeźbami drzwi przechodziło się do prześlicznej łazienki. A w ogromnej wannie z jacuzzi anielica wręcz się zakochała. Początkowo mówiła, że nie trzeba, że taki luksus ją przytłacza, że nie może, ale wanna ją złamała.
Gdy wymyła się i wygrzała w wodzie pachnącej wszelkimi orientalnymi perfumami, owinięta jedwabnym szlafrokiem znalazła na łóżku trzy nowe sukienki. Ta bezinteresowna uprzejmość Shiro zawstydzała ją, ale nie miała innego wyboru, niż ją przyjąć z cichym podziękowaniem. Do tego chłopak był na tyle miły, iż nie zadawał pytań o to, co się stało z jej mieszkaniem, póki ona sama nie zacznie tego tematu. Ubrała jasnoniebieską sukienkę, z krótkimi rękawami i plisami u dołu, założyła też sznurkowe sandałki.
Jak dobrze zapamiętała, w tym pałacu można było się solidnie pogubić, toteż znalezienie Shiro zajęło jej sporo czasu, a niesamowita cisza we wszystkich pomieszczeniach przyprawiała ją o dreszcze. Wszędzie panowała sterylna, czysta biel okraszona perlistym poblaskiem. Dziewczyna zawędrowała do biblioteki. Ale nie jakieś tam, przytulnej, małej biblioteki.
Nigdy nie widziała tak pokaźnego zbioru ksiąg. Te ciasno wyściełały półki regałów pnących się do samego sufitu, tak odległego iż freski, którymi został pokryty, były prawie niewidoczne. Tu i tam ustawiono przesuwane drabiny, kręte schody by wejść w wyższe partie biblioteki. Elda niepewnie przekroczyła próg tego swoistego sanktuarium, próbując ogarnąć wzrokiem pomieszczenie. W jej nozdrza uderzyła charakterystyczna woń starych książek. Kiedy spojrzenie dziewczyny zeszło na ziemię, ujrzała na środku sali rozłożysty fotel, na którym zasiadał Shiro, pochłonięty lekturą szekspirowskiego dzieła. Słysząc stukot obcasów, podniósł głowę.
- Widzę, że ubrania się spodobały. – uśmiechnął się nieśmiało. Anielica odpowiedziała tym samym.
- Są śliczne, dziękuję. Jesteś zbyt miły. – na twarzy Eldy pojawił się rumieniec. Usiadła obok diabełka. Fotel był dość duży, by ich pomieścić, i dość mały, by trzymać ich ciasno przy sobie. On czuł jej biodra przyciśnięte do jego własnych, ona ciepło jego ramienia na swoim. Zawstydzeni, nie byli w stanie na siebie spojrzeć.
- Nie dziękuj. Robię to co uważam za słuszne. I tak chciałem cię zaprosić, Eldo. – przełknął ślinę. – Zaprosić... na bankiet.
Dziewczynka ukradkiem rzuciła okiem na Shiro, po czym jej wzrok ponownie zawędrował hen daleko.
- Nie znam się na takich przyjęciach. Nie nadaję się do towarzystwa. – nerwowym ruchem odgarnęła włosy.
- To nie będzie zbytnio wyborowe towarzystwo, zapewniam. – kierowany nagłym impulsem, otoczył anielicę ramieniem. Zbliżył się do niej na tyle, by poczuć jej zapach. – Poza tym dobrze się stało... Znaczy, nie stało się dobrze, ale... - zaczął plątać się w słowach. Tego obawiał się od samego początku. - Przynajmniej od razu znalazłaś schronienie nad głową po tym... cokolwiek się stało z twoim mieszkaniem.
- Nie chcę o tym mówić, ale to i tak moja wina. – Elda wtuliła się w chłopaka. – Ale na przyjęciu narobię ci wstydu, na pewno.
Shiro wziął głęboki oddech, czując jak pewne słowa, mimo iż same cisnęły się na język, swoim ciężarem przytłaczały całe jego ciało.
- Eldo... - zaczął cicho. – Nie przyniesiesz wstydu, a swoją urodą i pięknem będziesz... jak klejnot... cudowna ozdoba.
- Ah, przestań! - gdy buraczany odcień ogarnął już całą twarz Eldy, ta chciała się zerwać z fotela, tak by Shiro nie zobaczył jej zakłopotania.
Jednak delikatny uścisk dłoni na jej ramieniu jakby sparaliżował jej zmysły, a anielskie serce zaczęło mocniej bić. Po chwili poczuła nieśmiały pocałunek na swoim policzku.
Zrezygnowała z ruszania się gdziekolwiek.


========

dość na dzisiaj. oczywiście na bonus nieco artów.. znaczy jeden, tylko.


zjadłabym. serio, zjadłabym.
Kuu, jesteś badassem =3
i lokajem. ueh xD


a teraz....

tak Elda wyglądała w trzecim akapicie:


i tak bym to widziała xD

see ya!

niedziela, 3 marca 2013

ROZDZIAŁ V - Adhibe rationem difficultatibus

Odnoszę wrażenie, że od ostatniego rozdziału minęły wieki. Jest w tym trochę prawdy, ale działo się tyle, że mogę sobie wybaczyć miesięczną przerwę. Za to nie mogę sobie wybaczyć, że znów nie zrobiłam w kierunku zwiększenia ilości czytelników. Cóż, czas poddać się O-pieprz'owi. Mam jakiś sentyment do tej ocenialni...
Dzisiejszy rozdział to kolejne 6 stron A4 o niczym. Oprócz tego że pojawiają się kolejni nowi panowie, mniej lub bardziej ważni, jest o niczym. Czyli bawcie się dobrze! :3

俺はすべて一人でやりたい。
ore wa subete hitori de yaritai.


========

W słuchawce pozostał tylko przeciągły, jednostajny dźwięk. Wzruszył ramionami i odłożył telefon na miejsce, by dokończyć to, w czego właśnie był trakcie.
Roznegliżowana sekretarka wręcz zwijała się z rozkoszy w jego ramionach. Nie po raz pierwszy i także nie ostatni. Jeszcze kilka pchnięć wystarczyło, by wypełnić kobietę po brzegi. Wymęczona i szczęśliwa, nie miała siły ruszyć się z blatu biurka. Z uśmiechem wstał i ubrał się. Seks z rana, kilka razy po południu, wieczorem mała orgia. Nie, nie uważał tego za nic nieodpowiedniego.
Nieposkromiony popęd seksualny był czymś, za co znano Dona Silencio. Jako milioner, mógł sobie pozwolić na marnowanie czasu na cielesne przyjemności. Jego elektrownia, lub raczej „fabryka elektryczności”, zasilała trzy ćwierci Piekła i nie tylko, od kilkuset lat, przynosząc ogromne dochody, za które stać go było na ogrom służby w jego średniej wielkości pałacyku. Większość znał „dogłębnie”.
Sam Silencio był diabłem, a co go z dala wyróżniało: ogromnym. Jego wzrost był bliski trzech metrów, gdyby tego było mało, zwykł nosić buty na maksymalnie wysokich obcasach. W sumie, wyglądał dziwacznie. Miał ciało muskularnego mężczyzny po czterdziestce, włosy w połyskliwym odcieniu szarości odgarniał do tyłu, czasem też używał maskary, co było już naprawdę rażące. Może chociaż nie tak, jak jego fioletowy płaszcz. Ten element stał się kroplą przepełniającą kielich i naprawdę nie było wiadomym, czy ten osobnik woli kobiety czy może raczej mężczyzn.
- I jak, podobało się? - rzucił wesoło do sekretarki. Ta, wciąż nie mogąc złapać oddechu, tylko pokiwała głową. Powoli zapinała guzik za guziczkiem – To się cieszę, kochana, za tydzień powtórka. Wytrzymasz, prawda?
Zatrzymał się przy drzwiach z dłonią na klamce. Z rozmarzeniem przyglądał się kobiecie, zastanawiając się, czy nie powtórzyć tego „numerku”. Jednak zanim zdążył się zdecydować, drzwi otwarły się gwałtownie, wyrywając mu klamkę z ręki. Sekretarka pisnęła, starając się kurczowo zasłonić.
- Szefie, możesz mi powiedzieć, co ty do cholery wyprawiasz?!
Pretensje uderzyły w starego „Casanovę” jak rozpędzony czołg. Był nieco zaskoczony tym nagłym najściem.
- Co się takiego stało, Kuu?
- Co się stało?! Jeszcze się pytasz, szefie? Czy ja naprawdę muszę tu robić wszystko za wszystkich?
Do gabinetu wparował chłopak, na oko można było dać mu ludzkie siedemnaście lat. Był w miarę wysoki, na sobie miał tylko przyciętą pod kolanami czarną hakamę; starannie rzeźbione przez długotrwałe treningi tors, brzuch i ramiona pozostawały nieskalane odzieniem. Białe włosy zapuścił aż do pasa, ale najwyraźniej nie miał czasu ich czesać, a pojedynczy kosmyk sterczący na czubku jego głowy żył własnym życiem, kołysząc się na boki. Chociaż twarz młodzieńca była całkiem przystojna, oznaki przemęczenia i braku zdrowego snu wyraźnie się nań zaznaczyły. Mimo tego zielone oczy wciąż pozostawały pełne determinacji i energii. Mógł się poszczycić długimi, ostrymi rogami, za to końcówka jego ogona była pokryta bliznami i wyszczerbiona: wyraźnie było na niej widać ślady kłów.
- Słuchaj no, szefie! – chłopak pogroził Silencio palcem. – Właśnie mieliśmy kolejny spadek napięcia na hali, a ty, zamiast okazać chociaż trochę zainteresowania, po prostu... - wskazał dłonią na sekretarkę. Z zażenowania zabrakło mu słów. – I ja się pytam: kto tu jest nieodpowiedzialnym smarkaczem?!
- Ej, ej, Kuuhaku, przystopuj trochę! – Silencio położył dłoń na ramieniu białowłosego diabła. Ten nieco ochłonął, jednak nadal sprawiał wrażenie co najmniej obrażonego. – Naprawiło się samo, więc nie ma o co się...
- Samo? Gdyby nie moja interwencja na hali to nie ruszylibyśmy dalej! - chłopak ryknął swojemu szefowi prosto w twarz. – Są jakieś priorytety, do jasnej...!
- Dobrze już, dobrze. Przepraszam. – westchnął olbrzym. – Pójdę zaraz sam sprawdzić, co się tam stało. Zadowolony?
Kuuhaku złożył ręce na piersi, morderczym wzrokiem wpatrując się w Silencio. Taki to był typ. Albo się będzie robiło to, co rozkaże, albo...
- Poniekąd. – warknął. - Ale jeszcze raz taka akcja...
- Zwolnisz mnie, chłoptasiu? - ze śmiechem rozczochrał włosy Kuu. – Ale się nie denerwuj, nie ma o co. Już ten Mangetsu, co dopiero dzwonił, jest o wiele spokojniejszy od ciebie.
- Dzwonił? On? - chłopak załamał ręce. – Pięknie! A ty w tym czasie... No. – obrzucił kobietę niechętnym spojrzeniem. - Jeszcze trochę i stracimy najlepszego klienta! Czy to naprawdę takie trudne do zrozumienia?
- Rozumiem, młody, rozumiem. Weź sobie coś na uspokojenie. – Silencio ruszył do wyjścia. Kuuhaku podreptał za nim, pozostawiając sekretarkę samą sobie. – Ostatnio jesteś coraz bardziej nerwowy, wiesz? Martwię się o ciebie.
- Zupełnie bez potrzeby. – chłopak machną ręką. – Nie mam czasu się nad sobą użalać. A właśnie, za pół godziny obiad, a za godzinę rozmowa z nowym inwestorem. Proszę się więc sprężać.
- Podziwiam cię, Kuu. – uśmiechnął się mężczyzna. - Pamiętasz wszystko, robisz wszystko. Kochany z ciebie dzieciak.
Chłopak przystanął.
- Kochany?
- Nie zrozum mnie źle! – Silencio pociągnął go za sobą. – Chodziło o coś w stylu „niezastąpiony”. Nie mam pojęcia, co bym zrobił, gdybym nie miał ciebie.



Zza betonowych ścian, oddzielających go od reszty świata, nie dochodził żaden dźwięk. Ni mniej ni więcej miał pojęcie, co się dzieje poza tym zimnym więzieniem, ale i tak nikt tu nigdy nie wchodził, a i jemu zapewne nigdy nie będzie już mu dane stąd wyjść. Był wrakiem, cieniem samego siebie. Ten wrak oświetlała ogromna lampa, umieszczona nad nim, by utrzymać go przy życiu. Liczne kable i rury, które wychodziły ze ścian, brutalnie wbite w jego ciało, wykorzystywały pasożytniczo jego naturalne zdolności. Pożywienie, które przezeń płynęło, było coraz gorszej jakości. Czuł, jak słabnie z dnia na dzień. Już dawno uświadomił sobie, że nie jemu wieczność pisana.
Jakąś złośliwą, nieposkromiona radość dawała mu myśl o własnym zgodnie. Ten, który zgotował mu taki los, wreszcie zrozumie wartość jego egyzstencji.



Dla Eldy czas stał się czystą abstrakcją: od chwili, kiedy zamknęła drzwi swojego ciasnego pokoiku i ujęła w ręce nieco już obdrapaną konsolę, przestała liczyć godziny, oczekując czystego relaksu i odpoczynku. Pomieszczenie było iście biednie urządzone. W żadną stronę nie szersze niż trzy metry, pod jedną ścianą obok drzwi stało proste łóżko a pod nim sterty pudełek z grami, naprzeciw brzęczał stary telewizor, jedyne źródło światła. Na wolnej ściance wisiała umywalka, resztę pokoju pokrywały większe lub mniejsze plakaty. Mieszkanku, które aż grzech tak nazywać, poskąpiono nawet najmniejszego okna.
Nie wiedziała już, w co gra, palcami poruszała machinalnie . Znała wszystko na pamięć, nie była zmuszona do większego wysiłku przy odkrywaniu takich lub innych tajemnic. Coś ciągle zaprzątało jej głowę, coś, od czego chciała się uwolnić, jednak skończyło się tylko na pobożnych życzeniach. Mimo wszystko, brnęła w to dalej, przez pół dnia, dzień lub dwa, podjadając czekoladowe paluszki, których nietkniętą paczkę znalazła pod łóżkiem. Nawet nie odczuwała zmęczenia.
Po wieczności spędzonej w jednej pozycji na ziemi, pukanie do drzwi przestraszyło ją jak wystrzał z armaty. Otrząsnęła się ze swoistego letargu i z jękiem podniosła na równe nogi, które miała skrzyżowane od niewiadomej liczby godzin. Pozostawiła swoją postać w grze na pewną śmierć, całkowicie zapominając o pauzie. Przekręciła zamek i otworzyła drzwi. Zmrużyła oczy, oślepiona blaskiem słońca.
- S-słucham...? O co chodzi..?
Coś uderzyło w nią z impetem, zwalając z nóg. Całkowicie zdezorientowana, starała się zrzucić to coś z siebie, ale nie było to możliwe. Coś lub ktoś coraz bardziej... przytulało się do niej? Zamrugała oczyma, a ostrość wzroku powoli zaczęła wracać. Spojrzała w dół i zobaczyła rudą czuprynę i sterczące z niej małe różki.
- Wiesz, ile ciebie szukaliśmy?! - pisnął Luigino. – Siora nie chciała mi wierzyć, to ją przyprowadziłem, ale nie wiedzieliśmy gdzie mieszkasz... Taki dziwny gościu z miotłą nam pomógł!
- Lui, co to za zachowanie? - Sophia weszła do pokoju i pociągnęła brata za ogon, ściągając go z nadal zdziwionej Eldy. Pomogła dziewczynie wstać. – Przepraszam za niego, to głupi bachor.
- Nie jestem bachorem!
Anielica przetarła oczy i przygładziła włosy. Teraz widziała wyraźnie: przed nią stali Luigino, jego siostra o wyzywającym wyglądzie, a zza ich pleców nieufnie spoglądał Anioł, który zapewne ich tutaj eskortował.
- Co wy tu...? Dlaczego..? - wyjąkała, powoli wracając do żywych.
- Chwilkę, bo ona jest niezdolna do rozmów. – Anioł przepchnął się przez rodzeństwo, by chwycić dziewczynę za ramiona, potrząsnąć nią i wymierzyć w jej policzek niezobowiązującego liścia. Ta od razu jakby otrzeźwiała. – Jak za dużo gra, to później jest z niej takie zombie. Teraz już jest naprawiona.
- Czy ktoś cię prosił o bicie mnie po twarzy? - warknęła, odpychając go od siebie. Niepewnie spojrzała na dwójkę gości. – Czy coś się stało?
Czuła się skrępowana tak nagłym najściem, ale pogodny wyszczerz chłopca w pewien sposób uspokajał jej obawy. Jakby zniecierpliwiony, ciągnął siostrę za rękę.
- Ty jesteś Elda, prawda? - zaczęła kobieta powoli. Anielica skinęła głową. – Nazywam się Sophia, jestem siostrą tego rudego. Jak wczoraj wrócił do domu, opowiedział mi niestworzoną historię, że niby anioł go uratował. Nie uwierzyłam mu, a on na to...
- … że jak was sobie przedstawię, to uwierzy! - Lui wszedł jej w słowo. – I co, widzisz? Jest prawdziwa! Jeśli się o cokolwiek zapytasz, to ona to potwierdzi!
- Dobrze, wierzę, wierzę – kobieta przejechała dłonią po twarzy. – Ale pewnie zabieramy jej cenny czas. Anielico, powiem tak...
Sophia podeszła do Eldy, mierząc ją wzrokiem. Trudno było określić, czy był on przyjazny, czy też przepełniony gniewem, a może smutny. Diablica była wysoka w porównaniu do białowłosej.
- Nigdy bym nie pomyślała, że do tego dojdzie. Gdyby mi ktoś powiedział, że mam to zrobić, urwałabym mu głowę. Ale dzisiaj muszę z całego serca podziękować aniołowi. - uśmiechnęła się ciepło. – Dziękuję ci, Eldo, że zaopiekowałaś się moim przygłupim braciszkiem i bardzo przepraszam, że musiałaś się przez niego narażać.
Dziewczynce całkowicie odjęło mowę. Robiła w życiu już różne rzeczy. Ratowała czasem ludzi. Chociaż oni jej nie wiedzieli, to ona czuwała przy nich jak stróż. Bywało, że komuś pomogła, czasem była kompletnym obibokiem,  ale też starła na proch kilka mniejszych demonów. Za to nigdy nie spodziewała się podziękowań. Z trudem odwzajemniła uśmiech.
- Nie ma za co. -  to jedyna rzecz jaka przeszła jej przez gardło. Sophia kiwnęła głową na pożegnanie odwróciła się w stronę drzwi.
- To nie będziemy już przeszkadzali. – pociągnęła za sobą brata, zanim ten zdążył cokolwiek powiedzieć. Za to Elda jakby nagle odzyskała zdolność mówienia.
- Czekajcie! - zawołała. – Wprawdzie w moim mieszkanku nie ma nic ciekawego, ale chyba moglibyśmy się odwiedzać, co? Jesteśmy kumplami czy nie, Lui?
Puściła oczko do chłopca. Ten zastanowił się chwilkę, po czym odwdzięczył się jej tym samym, okraszając gest szerokim uśmiechem.


Apartamenty panienki Kiniro i panicza Shiro były oddzielone solidną, kamienną ścianą i kilkoma warstwami złota. Wiadomym było, że za wszelką cenę trzeba, przynajmniej w ciągu dnia, tę dwójkę trzymać jak najdalej od siebie. Niefortunnie, ich pomieszczenia mieszkalne nadal znajdowały się w zbyt małej odległości. I nie robiłoby to różnicy chłopcu, który uwielbiał spędzać popołudnia z tomikiem poezji w ręce i popijać kozie mleko przy akompaniamencie Chopinowskich kompozycji, gdyby nie fakt, że jego siostra chcąc nie chcąc wchodziła z butami w tę harmonię. Jak co dzień, współczesna muzyka pop przedzierała się przez strukturę budynku, z odległego pokoju Kin do stonowanej sypialni Shiro. Dziesięć minut słuchania ziemskich nut i znienawidzonego głosu sprawił, że rzucił książkę w kąt. Zerwał się z łóżka i podminowany udał się siostrze na spotkanie.
Z udawanym spokojem przekroczył próg. Tu zaczynało się Piekło w Piekle, szczególnie dla niego. Słodkawe zapachy unoszące się w powietrzu, mała dawka złota wymieszana z wszechobecnym różem. Do tego dźwięki tej jako takiej muzyki były już całkowicie głośne i wyraźne. Teraz tylko pozostawało znaleźć jej źródło i wyłączyć.
Pokoje były spore i rozstawione nieco chaotycznie. Przedpokój, kilka sypialni, kilka salonów, łazienek i własna, mała kuchnia, a do wszystkiego prawie osobne wejścia. Jednakże ilość pomieszczeń nie była przypadkowa. Po apartamentach kręciło się kilka osób, tylko i wyłącznie płci męskiej. Był to osobisty harem Kiniro, istoty naznaczone przez nią i należące do niej ciałem i duchem jak niewolnicy. Ale że traktowała ich przyjaźnie i ciepło, raczej nikt nie narzekał.
Było ich dokładnie dziesięciu: diabłów lub dusz wyciągniętych z piekielnych czeluści, wszelkiego pochodzenia i maści, o różnym stylu ubioru i charakterze. Cichy blondynek Oliver kulił się w kącie, długowłosy pseudo-metal Hesus próbował brzdękać na elektrycznej gitarze mimo zagłuszającego go głosu Biebera, Koyomi i Tetsuya byli typowymi Japończykami, a kiedy Lenny i Dean odmóżdżali się przy konsoli, John i George odbywali partię szachów, a Sasha, nieco nadpobudliwy, pochłaniał pisemko dla dorosłych. Numer dziesięć, tak zwany Mizuneko, mniejszy od Shiro demon o fioletowej cerze i w drogim garniturze, pojawił się dosłownie znikąd.
- Witaj, paniczu. Cóż sprawiło, iż zawitałeś w tych przesłodzonych progach? - zapytał demon z fałszywym uśmieszkiem. – Chociaż spodziewam się, iż powód jest mi znany...
- Powiedz Kiniro, żeby przyciszyła tę.. muzykę. – ostatnie słowo z trudem przepchnęło się przez gardło blondyna. – Lub wyłączyła. A najlepiej niech potrzaska i wyrzuci te płyty.
- Chciałoby się, chciało, paniczu! - parsknął śmiechem Hesus, uderzając niezbyt udany akord. – Uszy mi krwawią, ale co zrobić? Jak się panienka uparła, to nic nie poradzimy.
- Ale jeśli paniczowi się uda, wszyscy będziemy wdzięczni. – rzucił Sasha znad gazety.
- Proszę tylko, by nie doszło do rękoczynów. – uśmiech na twarzy Mizuneko pozostawał niezmienny. – Zaprowadzę do Kiniro.
Pokój dziewczynki był kwintesencją niestrawnej słodkości. Puchate poduszki, plakaty współczesnych gwiazd muzyki pop, a przede wszystkim ogromne, ozdobione diamentami głośniki, z których płynęła nieznośna muzyka. I Shiro, i Mizuneko mimowolnie się skrzywili. Właścicielka rezerwatu różu wylegiwała się na łóżku, czytając jakieś kolorowe pisemko. Nieświadomie machała do taktu ogonem.
- Kiniro, ścisz proszę tę hańbę. -  warknął blondyn. Towarzyszący mu demon parsknął śmiechem i opuścił pokoik, zamykając za sobą drzwi. To, co będzie się tu działo, mogło stać na granicy bezpieczeństwa.
Dziewczyna od niechcenia podniosła głowę.
- Czego chcesz, szanowny mój braciszku? - rzuciła sarkastycznie. Spojrzenia obojga były tak mordercze, że w świecie ludzi pewnie rozbijałby mury, ale tutaj diabelskie rodzeństwo było sobie równe. Do pewnego jednak stopnia.
- Krwawią, i nie tylko moje, uszy, więc wyłącz tę marną podróbkę muzyki Natychmiast.
- Nie. – bez zastanowienia dała lakoniczną odpowiedź. Chłopak zrezygnował z jakichkolwiek przetargów ze swą siostrą. Nawet nie zbliżył się do odrażającej pary wzmacniaczy, pstryknął jedynie palcami, a głośniki same przestały grać. Kin uśmiechnęła się pod nosem i też pstryknęła, po czym drażniąca muzyka znów popłynęła z membrany.
- Po cienkim lodzie stąpasz, siostro. – w dłoni Shiro zmaterializowała się włócznia. Obrócił broń w palcach kilkakrotnie i zanim Kiniro zdążyła zareagować, władował w głośniki średnią dawkę energii jak i przebił obudowę ostrzem. Sprzęt nie tyle co się wyłączył, co, po pochłonięciu go przez iskry, został otoczony dymem. Całkowicie zepsuty, jakby zapadł się w sobie. – Powinnaś była słuchać się starszych.
Dziewczyna, zaskoczona jak i zbulwersowana, zerwała się z łóżka, rzucając w swojego brata każdym napotkanym przedmiotem. Pamiętniczki, poduszki, długopisy czy kosmetyki bombardowały spokojnego diabła, a ten bez wysiłku je omijał. Kilka pudrów czy cieni do oczu rozsypało się w drobny mak i ozdobiło podłogę tęczą barw.
- Powiem mamie! Powiem wszystko! - krzyczała prawie że przez łzy. – A teraz się wynoś, nikt cię tutaj nie zapraszał!
- Oczywiście, że nie mam zamiaru zostawać w TAKIM otoczeniu. – unikając ataku szczotki do włosów, wymownie spojrzał na wszechobecny, neonowy kolor.
- Jesteś wredny! Nienawidzę cię!
Machnęła ręką, a w ślad za jej dłonią pojawił  się czarny łuk. Chwyciła go, załadowała strzałą z czystej energii i wycelowała w brata.
- Takim strzałem zniszczysz pół pokoju. Radzę to przemyśleć. – Shiro odwrócił się w stronę wyjścia. – Chociaż dla mnie byłaby to ulga.
Gdy zamknął za sobą drzwi, z różowego pokoiku dotarł za nim tylko bezsilny, pełen wściekłości wrzask jego siostrzyczki.



Hala fabryczna wrzała. Zimne, olbrzymie ściany nie były w stanie pojąć tego co działo się pomiędzy nimi. Chmara diabłów w kombinezonach bezpieczeństwa krzątała się między transformatorami i urządzeniami wątpliwego przeznaczenia. A wszystko to połączone wielobarwnymi kablami i rurami z podejrzanym bunkrem pośrodku tego zamętu. Do wnętrza betonowego budyneczku prowadziły jedne, jedyne drzwi, ze stali tak grubej, że nawet ogień piekielny nie był w stanie ich stopić.
- No i co? Wszystko działa jak należy. – Silencio wzruszył ramionami. Kładka ciągnąca się ponad halą elektrowni cudem utrzymywała ciężar ogromnego mężczyzny. – Tylko po to miałem tutaj przyjść?
- Dokładnie. – Kuuhaku nie odrywał wzroku od tabletu, w drugiej ręce trzymając parujący kubek kawy. – Normę nadrobiliśmy, teraz już tylko do przodu.
- Czyli co, obiadek? - diabeł w fioletowym płaszczu uśmiechnął się na samą myśl o solidnym posiłku. Chłopak obok tylko kiwnął głową, zmarszczył brwi na widok nowego okienka które pojawiło się na tablecie i wziął solidny łyk kawy.
- Ale dzisiaj cię nie obsłużę, szefie. Robota czeka.
- Wrzuć na luz, młody – mężczyzna niespodziewanie odebrał kubek swojemu pracownikowi i sam spróbował. – Hm, dobra. A co do ciebie, należy ci się fajrant od zaraz.
- Sam lepiej wiem, co mi się należy – prychnął opryskliwie. – A teraz oddawaj kawę. Z tego co teraz dostałem wynika... - zlustrował ekran. – Że od tego osiedla z Helliady, gdzie też dostarczamy energię, mniej dostajemy niż dajemy. Nie obwijając w bawełnę, ktoś się podpiął i ma nielegalne zasilanie. Innymi słowy, okradają nas.
- Ah, nie jestem aż tak biedny, by się przejmować byle kradzieżą. – machnął ręką. – Pewnie to marne grosze, a obiad stygnie...
- Nie ważne, czy kradną dużo czy mało. Jeśli nie zatrzyma się takiej działalności w zarodku, zabiorą nam wszystko. Wiem coś o tym. – przeczytał jeszcze jedną informację i zgasił ekran tabletu. – Szefie, chyba jednak chyba wezmę sobie wolne. Na jeden dzień.



========

a teraz coś całkiem z innej beczki....
dobra, bez Monthy Pythona

ostatnio stały element końca każdej notki :3



Że wreszcie się pojawił, kochany mój chłopina, mogę go tutaj wstawić bez oporu :3 To nie kieca, to hakama. Takie japońskie gacie. a że mało kiedy Kuuhaku jest taki spokojny...



Mangetsu i Mikatsuki, w całej okazałości. do połowy. Ale są. I są nawet fajni :3


do następnego!

piątek, 8 lutego 2013

ROZDZIAŁ IV - Familiae vita

Z zasady wstawiam te rozdziały we wtorek. Z zasady. Ale ten skończyłam pisać w środę przed północą, a czwartek i prawie cały piątek spędziłam na przygotowywaniu i sprzątaniu po żakinadzie, więc stąd takie opóźnienie. Ale ludzie, mam dość. Cieszę się jedynie z tego, że jutro zobaczę i wytulę mojego kochanego Yaku <3
Nie mam siły dużo pisać na temat rozdziału, więc czytajta, proszę.


俺の家族に会うください。

ore no kazoku o au kudasai.


========

Portal zamknął się za plecami Eldy, nim ta zdążyła się obejrzeć. Całkowicie zawstydzony Shiro odesłał ją i Luigino do ich domów, lub przynajmniej w ich okolice, tworząc przejścia samodzielnie. Cóż, widocznie ci wyżej ustawieni mieli większe możliwości i zdolności, nie musząc brudzić się przechodzeniem w wytyczonych dla przeciętniaków miejscach.
Mimo, iż wróciła do Helliady, było jej jakoś smutno, że pożegnanie było takie szybkie i bezceremonialne. I chociaż obiecali sobie, że jeszcze się spotkają, to nie wiedziała jak dostać się do Piekła i którędy, do tego nie dano jej przytulić rudego malca na do widzenia. Zawiedziona tym obrotem spraw, nie miała innego wyjścia jak ruszyć przed siebie, uprzednio oglądając swoją nową, białą tunikę, utkaną z o wiele droższego i lepszego materiału niż poprzednia.
Portal wypchnął ją w samym centrum miasta. Chociaż było one samo sobie państwem, miało swój rząd, sądy, banki i inne takie instytucje, nie postawiono na jego terenie ani jednego wieżowca. Do złudzenia przypominało stare, angielskie miasta, na których Helliadę wzorowano. Uliczki były wąskie i pokryte brukiem, budynki miały nie więcej niż trzy piętra, a witryny sklepowe urzekały różnorodnością towarów i jakąś nieokreśloną magią. Miasto było piękne i dość obszerne, jednak przedmieścia jakby pozbawiały go tego uroku. To tak jakby budowlańcy uznali, że bloki mieszkalne mogą być po prostu brudnymi prostopadłościanami bez zachowania jakiejkolwiek estetyki. I w takim właśnie „prostopadłościanie”, lub raczej jednej z wielu klitek w jego wnętrzu, zamieszkiwała Elda.
Powoli przedzierała się przez tłumy aniołów i jak i diabłów, bardziej lub mniej ze sobą zsolidaryzowanych. Z tolerancją tutaj było różnie, jednak ustawowo wszyscy byli równi sobie jak bracia, chociaż wyjątki były czystą oczywistością. Dziewczyna szła ponad godzinę, ignorując przechodniów i sklepy. Zostawiła za sobą tętniące życiem centrum miasta, a przed nią wyrósł szereg budynków, a gdzieś pośród nich jej mieszkanie. Panowała tu kompletna cisza, zakłócona jedynie brzęczeniem kabli elektrycznych, cała okolica zdawała się być opustoszała. Wszystkie domy były takie same, ale anielica dobrze wiedziała, gdzie iść. Nad ulicą, przystosowaną do ruchu samochodów, których jednak w Niebie brak, unosił się kurz, przez który prześwitując światło tworzyło niesamowitą łunę. Wszystko, co otaczała ta smutna mgła, stawało się jedynie bezkształtnymi cieniami. Do uszu dziewczyny doszedł dźwięk szurania, jakby miotły ocierającej się o asfalt. Ożywiła się, przyspieszając kroku.
Przed jej oczyma ukazała się sylwetka wysokiego, jasnowłosego anioła w białej, aczkolwiek brudnej szacie. Jego twarz pełna była śladów przepracowania, a zarost żył własnym życiem, od tygodnia niekontrolowany. Mężczyzna w dłoni dzierżył staromodną miotłę, którą bezskutecznie starał się zamieść kurz na drodze. Widać było, że to zajęcie było dla niego nudne jak flaki z olejem.
- Hej, Anioł! - machając doń ręką, Elda podbiegła do ulicznego sprzątacza. Ten odwrócił się, a na sam jej widok uśmiechnął się szeroko.
- Się masz, młoda! – opierając się o swoja miotłę, przyjacielsko rozczochrał włosy dziewczyny. – Długo cię nie widziałem, chyba ze dwa dni.
- Wiesz, miałam małe kłopoty. – odepchnęła jego rękę. – Ale to już nieważne. Poza tym, byłam w Piekle.
- Piekle? Nie żartuj. I żyjesz? - ożywił się Anioł. – Jak to się stało?
- Złapali mnie i wypuścili. Taka historia. – wbrew sobie, zaczerwieniła się aż po uszy na samą myśl o nowo poznanych diabłach. Szczególnie tym starszym. – Teraz już tylko wracam do domu. Trochę się narobiłam z ubijaniem demonów i należy mi się odpoczynek, nie sądzisz?
- Złapali i wypuścili... I ty myślisz, że ja ci uwierzę? - zaśmiał się. – Dobra, wolę nie pytać. Ale jeśli ten twój „odpoczynek” to będzie kolejny wieczór z konsolą w łapach...
- Anioł. Przecież mnie znasz. Wiesz, że tak nie będzie. – Elda przekrzywiła głowę, obdarzając przyjaciela przesłodkim uśmiechem. – Będę grała przez następne dwadzieścia cztery godziny!


Luigino stanął pod drzwiami swojego domu, nie będąc pewny, czy powinien tam wchodzić. Wiedział, co go za nimi czeka. Wkurzona siostra, która najpierw go zwyzywa, później może da w tyłek, na koniec obarczy jakimś szlabanem. Może tak wrócić jeszcze za kilka dni, jak naprawdę zacznie się martwić? Zdecydowanie zawrócił, chcąc zwiewać jak najdalej. Jak na nieszczęście, w tym samym momencie drzwi się otworzyły i stanęła w nich Sophia. Chłopiec zamarł w półkroku, z przerażoną i zaskoczoną miną.
- Ty śmierdzący, egoistyczny... - kobieta wbiła w niego wzrok, z trudem cedząc słowa przez kły. Nie była wkurzona czy wściekła. Jej złość pewnie mogłaby rozsadzić dom od podstawy po komin. Szarpnęła rudzielca za ramię, wciągając go za sobą do środka. Zatrzasnęła za sobą drzwi tak gwałtownie, że dzieciak aż podskoczył. – Co ty sobie wyobrażasz?! Gdzieś ty był?! Wiesz, jak się o ciebie martwiłam?!
Szarpała go, potrząsała nim, krzycząc jak tylko najgłośniej mogła. Chłopiec nawet nie miał się jak odezwać. W oczach jego siostry powoli pojawiały się łzy.
- Jakby ci się coś stało, kretynie... Co ja bym zrobiła? Powiedz mi, co? - kobieta jakby nagle opadła z sił, jej ciało zaczęło drżeć. Krople wydobywające się spod jej powiek stały się trudne do opanowania. Spojrzała Lui prosto w oczy. – Gdzie ty byłeś te całe dwa dni?
- T.. trudno m-mi to opowiedzieć, siostrzyczko... - wyjąkał, zwieszając głowę. – Mogłem u.. umrzeć, ale.. żyję, no nie...?
- Umrzeć...? - przeraziła się Sophia.
- T-ak.. ale uratował mnie.. pewien anioł...


Dwa lśniące portale zamknęły się. Po anielicy i rudym diabełku nie pozostał najmniejszy ślad. Shiro Tsuki bał się przyznać sam przed sobą, że odczuwa coś na kształt żalu, i to po raz pierwszy od... Nie pamiętał kiedy. Przez kilkadziesiąt lat udawało mu się utrzymywać sterylność myśli i pragnień, całkowicie wyzbywając się emocji i empatii, kierując się tylko zimną logiką. Teraz jego wewnętrzna harmonia została bezpowrotnie zakłócona.
Po raz pierwszy czyjeś słowa wywarły na nim takie wrażenie. Po raz pierwszy czyiś dotyk wprawił go w bezruch. Po raz pierwszy widok dziewczyny...
Otrząsną się z tych myśli. Przecież nic się nie stało. Tamta dwójka, tym bardziej ta anielica, odeszli swoimi ścieżkami i prawdopodobnie tutaj nie powrócą. Nie było sensu do tego wracać.
Iście zbawiennym stało się niepewne pukanie do drzwi jego pokoju.
- Wejść.
Uchylając nieco drzwi, do komnaty wśliznął się młody lokajczyk. Niepewnie rozejrzał się, jakby wiedząc, że jego obecność jest niemile widziana.
- Paniczu, twój ojciec... wzywa... - pisnął cichutko.
- A z jakiego powodu?
- Bo... nowy trener... więc czy raczyłby panicz... na salę...?

Wiadomym było, że jeśli chodzi o rodzinę Tsuki, wszystko co do nich należy będzie pokaźnych rozmiarów, jak i wykonane z rozmachem. To samo tyczyło się areny treningowej, tak ogromnej, że mogłaby pomieścić kilkanaście lotniskowców. Kilka tysięcy lat temu, gdy budowano tę posiadłość, setki potępionych dusz skrupulatnie ozdabiało ową halę. Onieśmielała ona barwą najdostojniejszego szkarłatu, przyozdobionego mizernymi ornamentami ze złota, z którego wykonano również posadzkę jak i lożę dla domniemanych obserwatorów.
Właśnie tam rozsiadł się Mangetsu, mniej lub bardziej zaciekawiony. Wystarczyło że  pstryknął palcami, a służba już to nalewała mu wino, to podawała przekąski, ciągle pytając, co jeszcze może zrobić. Był przyzwyczajony do takiej namolności, nawet jej wymagał, ale dzisiaj wyjątkowo go drażniła. Kilkoma burknięciami i wybuchami złości odpędził służących, ciesząc się, że wreszcie został sam. Nie na długo.
Przez drzwi wśliznęła się mała diablica. Ciemny kolor skóry, blond włosy a nawet kształt twarzy czyniły ją podobną do Shiro, ale tylko pozornie. Jej ciało było mniejsze i drobniejsze, dwa długie kucyki połyskiwały złotem podobnym do tego, które lśniło w jej roześmianych oczach. Cała jej sylwetka tętniła życiem i energią, czarne ubranie było skąpe aż do przesady, chociaż dziewczynka nie miała jeszcze czego ukrywać. Natura dała jej długi ogon i śliczne różki, nie obdarzając jej  jednak skrzydłami.
- Cześć, tato! - w podskokach podeszła do Mangetsu, z chichotem dając ojcu w policzek uroczego buziaka. – Będzie się działo coś ciekawego?
Diabeł nie mógł się nie uśmiechnąć na widok swojej córki. Ta bez większego ostrzeżenia wskoczyła ojcu na kolana.
- Cześć, Kiniro. Nic wielkiego, tylko będziemy testować nowego trenera dla twojego brata.– mruknął. – Ostatni byli wyjątkowo słabi.
- Aż trudno uwierzyć, że taki debil potrafi się bić. – Kiniro skrzywiła się. – Do tego jeszcze nudny i pedał...
- Hej, uważaj na słowa! Co ja ci mówiłem o obrażaniu brata?
- Przepraszam, tato. – burknęła, nawet nie siląc się na szczerość.
Oboje skupili uwagę na rozciągającej się w dole arenie. Na jej środku jakby znikąd pojawił się mały, skulony starzec, diabeł, lub przynajmniej nie zauważyli go wcześniej. Pod szarą szatą znajdowało się słabe ciało pokryte setkami zmarszczek, a uśmiechnięty dziadek podpierał się długą, drewnianą laską z jakimś podejrzanym klejnotem na jej czubku. Mężczyzna ukłonił się.
- Witaj, szanowny panie. – cichy głos starca był nad wyraz słyszalny. – Imię me Infinitus, do usług.
- No nareszcie, dziadygo! – warknął Mangetsu. – Długo się na ciebie czekało, więc teraz będę się streszczał. Jeśli chcesz otrzymać ciepłą posadkę mentora mojego syna, musisz się wykazać.
- W jakiż to sposób, panie?
- Weź się odwróć, dziadu. -  od niechcenia wykonał ponaglający ruch ręką. Starzec odwrócił się we wskazaną stronę. – Musisz pokonać tamtych gości. Proste.
Infinitus nie wydał się zaskoczony widokiem tego, co czekało na niego za jego własnymi plecami. Spokojnym wzrokiem objął całe pole widzenia od prawej do lewej i z uznaniem pokiwał głową. Otóż przed nim wyrosło jak spod ziemi kilkanaście szeregów uzbrojonych po zęby demonów, gotowych w każdej sekundzie atakować. Starzec był wobec nich jedynie kroplą w morzu. Jednak nie było po nim widać żadnych oznak wahania.
- Oczywiście, że proste, jaśnie panie. Daj mi tylko chwilkę.
Z pokorą ukłonił się przeciwnikom, po czym ruszył w ich stronę. Z początku były to powolne, niezobowiązujące kroki, jednak kiedy wojsko również zaczęło kroczyć w jego stronę, dziad przyspieszył, zrywając się do biegu. Ojciec z córką naprawdę zaczęli być  zaciekawieni, bo teoretycznie skazany na pewną przegraną starzec okazał się być w doskonałej kondycji fizycznej. W momencie, w którym wpadł na pierwszą linię ataku, zaczęły dziać się cuda. Nikt nie był w stanie zbliżyć się do Infinitusa, nikt nie był w stanie go zranić. Starzec nie żałował sobie: żołnierze z metalicznym odgłosem, odrzucani na boki, zostawali wbici w podłogę a nawet odległe ściany. Mangetsu zdawał się być całkiem zadowolony umiejętnościami sędziwego wojownika.
- Dobra, wystarczy! Masz tę robotę, Infinitusie! - zawołał, kiedy zasoby sił zbrojnych zaczęły chylić się ku końcowi. Żołnierze, ci co jeszcze nie zostali zmasakrowani, odczuli wielką ulgę. Starzec ponownie zgiął się w ukłonie. – Ale chcę zobaczyć, jak dasz sobie radę z moim... Nie no, ale weźcie się stąd zabierzcie! I posprzątajcie!
Resztki wojska usunęły się z pola widzenia swojego pana, wyciągając za sobą nieprzytomne lub martwe ciała swoich towarzyszy broni. Ponaglający, coraz bardziej poirytowany wzrok Mangetsu dał im do zrozumienia, że mają się pospieszyć.
- Nareszcie, co za leniwe... Nie ważne. – burknął pod nosem. – Infinitusie, chcę zobaczyć, jak będziesz trenował mojego syna. Masz się wykazać.
- Nie przebije się przez poziom jego pedalstwa. – Kin parsknęła śmiechem. Obaj panowie to zignorowali.
- Więc Shiro... wchodzisz!
Na ten krótki rozkaz wrota areny otwarły się, wpuszczając młodego diabła do środka. Na jego twarz powrócił klasyczny „bezwyraz”, czy też zimny spokój i opanowanie. Podszedł  do swojego nowego mentora, po czym oboje oddali sobie głęboki, nie pierwszy tego dnia ukłon.
- To twój nowy mistrzunio, więc nie narób mi wstydu, synek! - głowa rodu rozsiadła się wygodniej w fotelu, tuląc do siebie córkę. Ta powoli zaczęła dobierać się do miski z popcornem.
- Nie martw się, ojcze. Większej hańby od Kiniro puszczającej muzykę tego ziemskiego pseudo-artysty nie zaznasz. – odparł blondyn. Dziewczyna natychmiast zareagowała oburzeniem.
- Odczep ty się od mojego Bieberka! - ryknęła w stronę brata. Mangetsu od razu ją uciszył, wpychając jej do ust kolejną porcję prażonej kukurydzy.
- Miejmy to już za sobą... Shiro, to jest Infinitus, będzie twoim nauczycielem, no a ten wychudzony dzieciaczek to mój synalek. Róbcie jak uważacie, chcę widzieć tylko efekty treningu.
Uczeń i mistrz odwrócili się do siebie. Starzec uśmiechnął się uprzejmie.
- Pokaż, na co cię stać, chłopcze, i daj z siebie wszystko. – rzekł.
- Zgodnie z twym życzeniem. – w dłoni młodego Tsuki'ego pojawiła się włócznia.
Natarli na siebie w nagłym ataku. Mangetsu nie wiedział, czy ma być zadowolony, czy też nie. Z początku Infinitus wydawał się lepszy, jednak z czasem...
- Tata, to mi się nie podoba...
Czarnoskóremu diabłu zrzedła mina. Kurczowo zasłonił oczy Kiniro, jednocześnie przeciągając druga dłonią po twarzy. Z areny dochodziło coraz mniej odgłosów walki, a coraz więcej bólu i łamanych kości.
- Katastrofa... - jęknął.


- Shiro! Dlaczego mi to robisz?! - zawył Mangetsu, załamując ramiona.
- Cóż takiego uczyniłem, ojcze? Zgodnie z poleceniem mistrza, pokazałem na co mnie stać.
- Dobrze, ale nie tak, by wysłać dziadka na ostry dyżur!
Godzinę po nieudanym treningu (Infinitus został wysłany w tempie natychmiastowym na urazówkę) przyszedł czas na obiad. Jadalnia była kolejnym z wielu zapierających dech w piersiach miejsc w tym pałacu. Kolejne pomieszczenie o niesamowitej, ogromnej przestrzeni, pośród której jak roślina z podłogi wyłaniał się wijący się pień, na którego szczycie, gdzie też prowadziły kręte schody, jakby na liściu, stał piękny, rzeźbiony stół. Chociaż był dość spory, znajdowały się na nim tylko 4 nakrycia. Rozsierdzony i zawiedziony ojciec zasiadał na honorowym miejscu, po bokach siedzieli Kiniro i Shiro, ale krzesło naprzeciw Mangetsu pozostawało wolne. Chociaż pan domu był nieziemsko wygłodniały, zgodnie z zasadami, które wydawały mu się poniekąd kretyńskie, przy stole musieli znajdować się wszyscy, ażeby podano posiłek. Ale nie mógł narzekać na nudę, tym bardziej przy tym wybitnie kłótliwym rodzeństwie.
- Więc znów coś schrzaniłeś, Shiroś. Ty nigdy nie wiesz, kiedy dać sobie spokój! – prychnęła Kin. – Po prostu musisz zaszpanować i koniec!
- W przeciwieństwie do ciebie, szanowna siostro, mam czym. – odparł z niezachwianym spokojem. -  Nawet jeśli byś zajęła się czymś pożytecznym, nie tylko modą i bezwartościowymi idolami, nie dorównałabyś mi do pięt.
- Shiro, nie drażnij jej... - zaczął Mangetsu, ale żadne z dzieci nie zwróciło na niego uwagi.
- Chcesz się przekonać?! - dziewczyna zerwała się z miejsca, łapiąc za największy i najostrzejszy nóż w zasięgu ręki.
- Ej, Kin! - ojciec spróbował jeszcze raz. – Odłóż to, moja panno! W tej chwili!
- Agresja oznacza, że nie masz argumentów, Kiniro. Przegrywasz ze mną nie tylko na polu walki, ale i w dyskusji.
- Ty... wredny, kretyński...!
- Spokój już, dzieci.
Dźwięczny, kobiecy głos sprawił, że oboje się uspokoili. Po schodach weszła uśmiechnięta życzliwie diablica, matka i pani tej rodziny. Zgodnie z panującymi pogłoskami, była nadzwyczaj piękna. Jako jedyna w tej familii, posiadała nieskazitelnie jasną cerę. Jej twarz miała idealne rysy, oczy lśniły jak dwie gwiazdy. Posiadała tylko jeden róg, który jak u jednorożca wystawał z jej czoła, odgarniając długie blond włosy, opadające na jej plecy jak płaszcz. Jej ciało było opięte długą, czarną suknią, która szczelnie skrywała wszystkie jej pokaźne wdzięki, jednocześnie nadając im tajemniczego, kuszącego smaku. Wesoły ogonek i skrzydła stanowiły dopełnienie jej diabelskich atrybutów.
- Witaj, matko. – przywitał się jej syn.
- Cześć, mamuś! – zawołała z uśmiechem córka. Mangetsu zerwał się ze swojego miejsca, by szarmancko odsunąć krzesło swojej żonie.
- Dzień dobry, dzieciaczki. – usiadła z gracją, po czym szepnęła do męża. – A ty dzisiaj tak szybko zerwałeś się z łóżka, kochanie, że od rana cię nie widziałam. Ładnie to tak, Mangetsu?
- Sorry... Znaczy, przepraszam, Mika. – diabeł zmieszał się na to pozornie niewinne pytanie, okraszone pogodnym uśmiechem jego kobiety. Cmoknął ją w usta, chcąc chociaż trochę ukryć swoją dezorientację. – Robota była, więc wiesz...
- Rozumiem, Czekoladko, rozumiem. – odpowiedziała słodkim chichotem. Mangetsu zasiadł na swoim krześle naprzeciw niej. – Przepraszam, że musieliście czekać, ale teraz chyba mogą podawać jedzenie, czyż nie?
Dwukrotnie klasnęła w dłonie, a wokół nich prawie zmaterializowała się chorda kelnerów z tacami pełnymi mniej lub bardziej wykwintnych dań. Jednak w momencie, gdy mieli zacząć podawać, światło rzucane przez kryształowy żyrandol nad nimi zamigotało, przygasło, by po chwili zostawić ich w kompletnej ciemności.
- Niech to! - w dłoni Mangetsu pojawił się płomień, dość spory by oświetlić okolice stołu. Mika szybko utworzyła podobny. – Niby jesteśmy tacy nowocześni, a mimo to nadal tkwimy w totalnym średniowieczu! Już 4 raz w tym tygodniu prąd wysiada!
- Może w elektrowni są problemy, kochanie? - zasugerowała kobieta. – Wiesz, ponoć ostatnio gorzej się tam wiedzie...
- Nie obchodzi mnie to! - pan domu zerwał się na równe nogi. – Płacę temu gościowi grube pieniądze i jeśli jeszcze raz coś takiego się zdarzy, to mu nogi z tyłka powyrywam! Idę do niego zadzwonić! - ruszył w stronę schodów.
- Ale, tato... - odezwała się Kiniro. – Jak prądu nie ma, to telefony też nie działają...
- To z komórki się dodzwonię!
Szybko zbiegł na dół. Mika jeszcze chwilę zdziwiona wiodła za nim wzrokiem, po czym wzruszyła ramionami i dała znak służbie, by nie przerywała obiadu. Diablica zawiesiła ogień w powietrzu nad ich głowami.
- Z komórki też się nie dodzwoni. – burknęła Kin, przyglądając się swojej zupie dyniowej. – Tutaj nie ma zasięgu.


Elektryczność wróciła już po pięciu minutach, jednak pragnienie wyżycia się za te małe nieudogodnienia nie wyparowała z umysłu Mangetsu, ba, nawet urosło. Zaszedł do najbliższego saloniku, gdzie mógłby znajdować się aparat zwany telefonem. Przy okazji spalając sofę i kilka innych mebli, ścisnął słuchawkę i wybrał numer. Z narastającą irytacją słuchał „bipnięć”, bo nikt jakby nie śmiał odebrać. Po długim czasie oczekiwania usłyszał w głośniczku głos sekretarki.
- Haha... Tutaj... haha, proszę, przestań! … Calm Green Electricity, czym mogę... ahahaha... służyć?
Śmiech sekretarki tylko podjudził diabła, który już wręcz płonął ze złości. Ale nie tylko to było drażniące. Wydawało się, że kobieta na linii ma przyspieszony oddech, przy okazji cicho pojękuje...
- Wy tam! Jak mi jeszcze raz wyłączycie prąd w pałacu, to was wszystkich w pień wyrżnę! Zrozumiano!?
- Ahahaha, a kto mówi....?
- Mangetsu, ty durna krowo! - ryknął do słuchawki telefonu. – Wasz najbogatszy klient, którego...
- Aaaah, to pan, panie Mangetsu... proszę tak... hehe, kochanie, nie tak ostro... proszę nie krzyczeć! – w słuchawce nagle dało się słyszeć drugi, przesiąknięty testosteronem głos. – Moi ludzie już naprawili usterkę, więc po co się tak pieklić?
- Co.. jak...? Jak śmiecie tak...? - diabłu zabrakło języka w gębie na tę niesubordynację. Gdyby nie to, że obsługa traktowała go bez jakiegokolwiek szacunku, to do tego był telefonicznym świadkiem czyjegoś stosunku. – Z kim ja teraz gadam?! Chcę szefa! Natychmiast chcę rozmawiać z szefem tej zapchlonej firmy!
- No to rozmawia pan, rozmawia. Don Silencio z tej strony. – odezwał się mężczyzna. Odgłosy brudnej zabawy stawały się coraz głośniejsze.
- Słuchaj no, ty cholerny Casanovo! Jeszcze raz taki numer i tracisz mnie, tracisz większość dochodów, rozumiesz?!
- Spokojnie, Mangetsu, spokojnie... To był ostatni raz. Poza tym.. yh... kto zasili ci tę wielką chatę lepiej niż ja, co? Aaah.. kochanie.. ja...
Czarnoskóry z furią trzasnął słuchawką. I nie, nie o widełki, na których powinna się znaleźć.
Telefon roztrzaskał się na drobne kawałki w efekcie zderzenia ze ścianą.


========

nowe postaci powoli się "wprowadzają" :3 za niedługo pojawią się 2 kolejni panowie, których po prostu uwielbiam... ale póki co, zarzucę kolejną dawką artów.



Jak widać, Kiniro Tsuki w osobie własnej. Namęczyłam się z tym rysunkiem, a on naprawdę... jest dość stary. Co do "cieni" na dole, wyjaśnię CZYM są w kolejnych rozdziałach :3


Jeszcze nie napisałam tego aż tak wyraźnie, ale Elda jest zapalonym graczem. Znaczy, co o takim życiu mogę wiedzieć ja, która przeszła 3 gry na krzyż? No ale, Elcia to lubi. Bardzo lubi.  I chociaż te nogi trochę koślawe, lubię ten art.



taka mała ciekawostka:
w przypadku naszej opowiadaniowej "arystokracji", TSUKI (月 - księżyc, miesiąc) to nazwisko rodowe i każdy z tej rodziny ma je w imieniu. W przypadku Mangetsu (満月) słowo "księżyc" samo w sobie fonetycznie nie występuje, ale z japońska oznacza "Pełnia Księżyca". Natomiast jego żona w pełni nazywa się Mikatsuki, albo Mikadzuki (三日月). W prawdzie jej oryginalne imię to po prostu Mika, ale taka mała gra słów sprawia, że nazywa się "Sierp Księżyca".
Z dziećmi ich jest jeszcze inaczej. Żeby Shiro Tsuki (白月) faktycznie oznaczało "Biały Księżyc" na końcu imienia powinno być chyba "i", więc traktuję oba słowa oddzielnie. W przypadku Kiniro Tsuki (金色月) jest jeszcze ... lepiej, bo chociaż jej imię oznacza "Złota", to razem z nazwiskiem chyba to nie współgra i nie wychodzi "Złoty Księżyc".
Igram z ogniem. Poza tym, dlaczego rodzina czarnych, Mulatów i blondynów ma japońskie imiona?
Suahili by bardziej pasowało xD

do następnego!